„— Uwaga! Mamy cię!
W salonie stara zaszyła się w najdalszy kąt pokoju.
Stary Moody i pan Fatty wpierw obiegli dokoła stół jadalny, jakby dla rozgrzewki, po czym ruszyli do salonu. Sforsowali barierę z tlących się mat i wpadli hurmą do środka. Wywijając pięściami usiłowali rozpędzić dym, kilkakrotnie zderzyli się boleśnie, wreszcie dopadli okna i otworzyli je. Wtedy Loch usłyszał znajomy kaszel dwóch starych panów i suchy trzask ognia, dochodzący z głębi salonu. Dym jakoś nie wydostawał się na zewnątrz, pozostawał w środku, stłamszony, cichy.
Loch znowu fiknął kozła. Na ulicy pojawiła się nowa postać. Dzień udał mu się, nie ma co. Po chwili wiedział już, kto to taki. Znał tę wysmukłą postać, tę głowę nakrytą złocistą panamą. Był to człowiek, który przed laty także mieszkał w opuszczonym domu i kiedyś nawet przyrzekł Lochowi, że da mu w prezencie gadającego ptaka, który umie powiedzieć słowo „królik". Ale pewnego dnia zniknął i nie pojawił się już wcale. Po tych wszystkich latach Loch wciąż marzył o gadającym ptaku. Zwłaszcza dzisiaj prezent taki szczególnie by mu przypadł do smaku.
— Nikt tam już nie mieszka — zawołał Loch odpowiednio dobranym głosem zza swojej zasłony z liści. Pan Voight skręcał śmiało na ganek, jakby się nigdy stąd nie wyprowadził. — Jak pan wejdzie, to się pan żywcem spali!“(7)
systemy wymiany liników |alveo |majówka nad jeziorem